Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

GROMNICZNA

 

GROMNICZNA

Przez pola I lasy zimowe prześliczne,

Szła lekko cichutko Matuchna Gromniczna.

Przed Nią i poza Nią Aniołów szpalery,

A dwa po Jej bokach, razem chórów cztery.

W prawicy trzymała gromnicę woskową,

Żółtawą, ogromną, jeszcze całkiem nową.

Jasny płomień świecy rozjaśniał mrok nocy,

Ona nie patrzyła, jakże w mroku kroczyć.

Stąpała tak pewnie jakby po równinie,

Bo Anieli Jej strzegli w tej ziemskiej krainie.

Chodziła po polach, szła przez wsie i miasta,

Mężna niestrudzona Gromniczna Niewiasta.

Gromnicę jak piórko lekko unosiła,

Śpiącym w domach ludziom nią błogosławiła.

Obeszła zagrody i śpiące zwierzęta.

Błogosławiąc wszystkie - świnki i bydlęta,

Które dla człowieka za pokarm służyły,

A dzisiaj bezpiecznie wzrok w ciemność wtopiły.

Zaglądała Pani do okien uśpionych,

Słuchając z zachwytem bajeczek zmyślonych,

Które pewna matka dla dziecka uśpienia,

Szeptała zmęczona wśród wichru dudnienia.

Tenże huczał groźnie w ową noc lutową,

Gromnicznej Panience ponad ciemną głową.

I byłby zagasił nieraz świecę w rękach,

Gdyby zezwoliła mu Święta Panienka.

Więc płomień omijał wiejąc dookoła,

Tarmosząc gałęzie i strzechy w tych siołach.

Uganiał po polach z tym żałosnym jękiem,

Goniąc płatki śniegu z przeogromnym wdziękiem.

Czasem spoglądała w ów firmament Nieba,

Czy też Synaczkowi czegoś nie potrzeba.

Ale On nie żądał powrotu Mateńki,

Obchodziła przeto świat ten caluteńki.

Śnieg sypał pod nogi ścieląc dywan biały,

Aby święte nogi idąc miękko miały.

I szła tak Matuchna przez bór nieprzebyty,

Gdzie spały jelenie i wąż jadowity.

Szła właśnie wataha złych wilków na łowy…

Ujrzawszy Panienkę pochyliły głowy.

Z szacunkiem i trwogą ugięły kolana,

Aż powstać kazała im Gromniczna Panna.

Gromnicą watahę pobłogosławiła,

Jak gdyby w kagańce pyski ustroiła.

Nie pójdą tej nocy do ludzkiej zagrody,

Może spać spokojnie dziś gospodarz młody.

Gdzieś tam dym z komina lekko się unosił,

Wicher go porywał i do tańca prosił.

Przystanęła Pani, przez okno spojrzała,

Niebezpieczną iskrę w chałupie dojrzała.

Gromnicą skinęła, iskierka zagasła,

A Najświętsza Panna do miasteczka zaszła.

Doszła do plebanii, gdzie proboszcz zbudzony,

Miał iść z Olejami do matki i żony.

Więc poszła z gromnicą, towarzysząc w drodze,

Ogrzewając księdza, aby nie zmarzł srodze.

A kiedy przybyli na miejsce, ujrzeli,

Konającą matkę na białej pościeli.

Przy niej dwoje dziatek w koszulach płakało,

Ujrzawszy proboszcza na ciele zadrżało.

Stanęła przy łóżku Gromniczna Madonna,

Z pochyloną głowa zamyślona, skromna.

A gdy ksiądz podawał Najświętszy Sakrament,

Dzieci zamiast klęczeć, nagle wzniosły lament.

Podeszła do dzieci, główki pogładziła,

I swoją gromnicą chorą oświetliła.

Dajże jej Mój Synu jeszcze parę latek,

Póki nie wychowa tych maleńkich dziatek.

A Syn, Który w sercu tej matki królował,

Odrzekł: Dobrze, dobrze. Niechże będzie zdrowa.-

I nikły rumieniec na wychudłej twarzy,

Jak płomyk gromnicy nagle się zajarzył.

Dostrzegł to ksiądz proboszcz, upadł na kolana,

Za ten cud dziękuję, Madonno kochana.

Otarły oczęta spłakane dzieciny,

Wpatrzone z zachwytem w tenże cud jedyny.

A Gromniczna Panna ze Swoim orszakiem,

Poszła znów w noc ciemną znanym Sobie szlakiem.

I tak szła przez miasta, przez wioski, bezdroża,

Kojąc ludzkie troski, dobra Matka Boża.