Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

SPACER PO CMENTARZU

 

SPACER PO CMENTARZU


 

 




W dzień Wszystkich Świętych idę przez cmentarz,

W mej miejscowości rodzinnej,

Muszę odszukać znajome groby,

Stare są tutaj tak inne…

 

Tutaj nagrobek, tu krzyż drewniany,

Tu rdza napisy zatarła.

Na tym cmentarzu tyle swojskości,

Choć ziemia groby zawarła.

 

Idę i patrzę, tu groby księży,

Co w mieście tym pracowali,

Kilka zakonnic-to groby obok-

Te i z granitu i stali.

 

Trzy groby dalej, tam „Wuja z Fajką”

Czeka na dzień Zmartwychwstania,

Obok Tadeusz ze swoją żoną,

A dalej Hieronim i Ania.

 

To ojciec z córką- oboje młodzi,

Śmierć wzięła ich w kwiecie życia,

Ojcu gruźlica zniszczyła zdrowie,

Anię ktoś zabił z ukrycia.

 

Duże grobowce niczym kapliczki,

I grób obrońców tej Ziemi,

Obok nich młodzież- warta harcerska,

Z twarzami uroczystymi.


 

 




 

Dalej dwa groby-ludzi nieznanych,

Jakaż ogromna wymowa,

Figura Serca Jezusowego,

Maryi spuszczona głowa.

 

Wiele tu grobów tak ozdobionych,

Święci, klęczące Anioły,

W liście i kwiaty rzeźbione krzyże,

Nagrobki wielkie jak stoły.

 

W innej kwaterze Julia i Stefan,

Zawsze ich bardzo lubiłam,

I ich syn Józio, z którym przy pracy

Wiele piosenek nuciłam.

 

Moja krawcowa i jej sąsiadka

Z chałupki pod orzechami,

I ojciec chrzestny ze swoją żoną,

I znowu ludzie nieznani.

 

Tuż za kaplicą grób mego wujka,

Tym grobem się opiekuję,

Wujka wypchnięto niegdyś z pociągu,

Ból serca Cioci wciąż czuję.

 

Przy jego grobie grób kolejarza,

Ponoć miał coś z tym wspólnego,

Nie pożył długo bo tylko w miesiąc

Śmierć przyszła także po niego.

 

Jeszcze kwatera małych działeczek,

Co w wiośnie zagasły życia,

I rozstrzelani- ktoś egzekucję

Sfotografował z ukrycia.


 

 



 

Idę na ukos, tutaj nie byłam,

Tu drzemie lekarz nasz słynny,

Wszyscy z Przychodni, bo to jest cmentarz

Miejski i trochę rodzinny.

 

Obok – zadrżałam tu śpi kochana,

Sumienna nauczycielka,

Pełna pokory i dobrotliwa,

I pewnie temu tak wielka.

 

Widzę ją żywą w klasie na lekcji,

W tym pastelowym sweterku,

Ej, dobroduszna nauczycielko,

Stara kochana belferko!

 

Zgięłam kolana, klękam na ziemi,

Drżąc małą lampkę zapalam,

To przeprosiny, moje oszustwo

Zniczowym ogniem tu spalam.

 

Jeszcze grób Zosi ze wsi rodzinnej,

Jeszcze i ten jeszcze tamten,

Lampki zapalam, szepcę pacierze

I tak wychodzę za bramkę.

 

Te wszystkie twarze niegdyś mi znane,

W niedawnym tak żyły czasie,

Teraz zostało tylko wspomnienie

Oraz szeptanie Zdrowasiek.

 

Jeszcze refleksja-ten cichy cmentarz

Pośród ogromnych topoli,

Tyle ma w sobie jakiegoś ciepła,

Z ich woli czy z Bożej Woli?

 

Czy można lubić to pole bólu,

Tą ziemię od łez rozmokłą?

Myślę, że można, bo tu początek

Tak jakby Wieczności okno.

 

Mijają wieki, mijają lata,

Zmieniają się pokolenia,

W tą Uroczystość może by trzeba

Też składać sobie życzenia?

 

Lecz czego życzyć w Dniu Wszystkich Świętych,

Tylko świetlanej Wieczności.

Ale z refleksją, gdy serce w biegu

Tak żyć, by zniknąć w Miłości.

 

I tak się odnieść do swej przyszłości,

Że taka śmierć jakie życie,

I tak żyć co dnia, aby zatonąć

W Wieczności jak w aksamicie.

 

Mieć na uwadze Sąd Szczegółowy,

Przed samym Panem Jezusem,

Który prześwietli we wszystkie strony,

Każdą przybyłą TAM duszę.

 

I z tym się liczyć, że Czyśćca lata,

Wlec będą się niemożliwie,

Lecz jedno pewne- że Boży osąd

Wydany był sprawiedliwie.

 

Zaś z Czyśćca jedna prowadzi droga,

Przez Miłość prosto do Nieba,

Było poczęcie, życie i cmentarz,

Bóg. Wieczność. Więcej nie trzeba.

 

Rok 1996

Uzupełniono 2013