Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

UKRADLI

 

UKRADLI

Ukradli. No, trudno. Już się nie odstanie.

Została ekspiacja i strat odszukanie.

A policja taka, jaką teraz mamy,

Może wiec na próżno na efekt czekamy.

 

Protokół zrobili, ślady oglądali,

Które wcześniej ludzie spokojnie deptali.

Bo nikt nie zobaczył w kościele włamania,

Sprawa się wydała wśród Mszy odprawiania.

 

Kościelny drzwi otwarł, ludzie się wtłoczyli,

Jedni do Spowiedzi, inni się modlili,

Swoimi sprawami też zajęci byli,

Może już myślami po sklepach błądzili.

 

Dwa dni przed Wigilią czyn podły się zdarzył,

Choć nie wiem od kiedy złodziej o tym marzył.

Kościoły czasami ich łupem padają,

Bo cenne przedmioty w sobie zawierają.

 

Bo albo Monstrancja albo kielich złoty,

A ludzie zazdroszczą w przejawie głupoty.

No i dogadują, że lepiej by było,

Gdyby się pieniądze biednym dołożyło.

 

Przy tym rozeznaniu o wiernych jest trwoga,

Bo ludzie nie mają znajomości Boga.

Tu dla Was jest praca, drodzy duszpasterze,

Nie wystarczy w „Credo” klepać słowa „Wierzę”…

 

A złodzieje w świecie od zawsze istnieli,

I na cenne rzeczy zawsze chrapę mieli.

Torebki, portfele, kieszenie, chałupy,

Kogo nie upatrzą, zedrą z niego łupy.

 

Na złodzieja zamki żadne nie istnieją,

Gdzie zechcą to wchodzą, otwierać umieją.

Dziś mnie jutro Ciebie okradną w sekundzie,

Zanim zauważysz, już bezpiecznie ujdzie.

 

Ale co innego, gdy zamki pokona,

Albo bestialskiego napadu dokona,

Przekopie pół domu, na odchodnym spali,

Żeby zatrzeć ślady i go nie złapali,

 

Ale gdy coś bywa niezabezpieczone,

Nie dziwmy się kiedy zostanie skradzione.

W ogólnym pojęciu fałszywej wolności,

Paragraf o niskiej czynu szkodliwości,

 

Ośmiela niejednych do draństw co dziwniejszych,

Mknących jak lawiny, chociaż może mniejszych.

Ale co dla kogo dużym czynem bywa?

Chleb kosztuje tyle ile puszka piwa.

 

No więc się kradzieże stale dokonują,

Ludzi na ulicy śmiałkowie rabują.

A kościół? I owszem. Pomysłowość górą.

Mieszkanie? Przy ludziach można wywieźć furą.

 

A ten nowy kościół teraz okradziony,

Wcale nie bogaty, skromnie wykończony.

Jak w każdym kościele, ornaty, kielichy,

I pięć relikwiarzy to majątek lichy.

 

Nie złote, złocone na półeczce stały,

Dla złodzieja cennie pewnie wyglądały.

I na nie złodzieje widać mieli chrapę,

Nie ukryte było, wchodzić i brać w łapę.

 

Pośród nocy weszli cicho do kościoła,

Alarm wyłączony, o pomoc nie woła.

Nie włączać alarmu, bo się brudzą ściany,

Choć kościół i tak ma być pomalowany.

 

Okno- mocne- słabe, lecz funkcjonowało,

Ale zamek nisko i dostępny miało.

Wystarczyło, żeby dzieciak się pobawił,

Bo dziś wszystko wolno, już im pomoc sprawił.

 

Jest zima, nikt okna otwierać nie musi,

W kościele bez tłoku, nikt się nie udusi.

Zapewne dlatego nie sprawdził kościelny,

Zanim zamknął kościół w ów wieczór niedzielny.

 

Być może sam złodziej z klameczki otworzył,

Bo już wcześniej w głowie włamanie ułożył.

A gdy nocka przyszła, okienko pchnął cicho,

Alarm nie wył, a wiec strzegło drania licho.

 

Złodziej dobrze widział pod krzyżem stawione,

Cztery relikwiarze niezabezpieczone.

Ksiądz Proboszcz tak bardzo parafii zawierzył,

Że ich bezpieczeństwo zaufaniem mierzył.

 

Nie wiem, nie pamiętam, dziś palcem nie wskażę,

Kto na wierzchu kazał stawiać relikwiarze.

W krótkim czasie wszystkie one sprowadzili,

Ale zabezpieczeń dla nich nie zrobili.

 

Żadnych sejfów, szafek na klucz zamykanych,

Żadnych szyb pancernych mimo znaków danych.

Już pięć relikwiarzy-pierwsza Faustyna,

Ona pochód Świętych tutaj rozpoczyna.

 

Malutki stojaczek serwetką nakryli,

Tam- przez Miłosierdziem skarb ten postawili.

Potem relikwiarze inne zakupili,

I takież relikwie do nas sprowadzili.

 

Wpierw Święta Tereska od Jezus Dzieciątka,

I Joanna Molla matka niemowlątka.

Księdza Popiełuszki kostkę sprowadzili,

Janem Pawłem drugim kościół zaszczycili.

 

Tylko się radować, tylu Świętych z nami,

Ten kościół miał kipieć wieloma łaskami.

Łącznie pięć relikwii dla czci postawili,

Ale schowków dla nich nie ustanowili.

 

W innych są kościołach relikwie chowane,

Tylko w dniu Patrona dla czci wyjmowane.

Potem znów do sejfu albo do gabloty,

Za pancerną szybkę idzie krzyżyk złoty.

 

Tutaj, w tym kościele dziwnie wymyślili,

Aby ludzie sami kiedy zechcą, czcili.

By możliwym było dać dostęp każdemu,

Kto by chciał cześć oddać któremu Świętemu.

 

Najpierw na półeczce przy tabernakulum.

Bez zabezpieczenia kochany Księżulu?

Pobożny Wikary miał Kazimierczyka.

Też Go tam postawił, lecz on nagle znika.

 

Wszyscy się martwili, zniknął jak kamfora,

Ale do przemyśleń widać to nie pora.

Święta Faustyna na stojaczku stała,

Jej też przykra sprawa wkrótce się dostała.

 

Rodzice w kościele Bogu czci nie dają,

Maluchy z hałasem podczas Mszy biegają.

Kopią konfesjonał, wchodzą na klęczniki,

Choć nie zawsze czyste bywają buciki.

 

Tarmoszą łańcuszki, słupki tam stojące,

Świętą Faustynę zabezpieczające.

Ale która matka skarci brzdąca swego?

Wychów bezstresowy, co komu do tego?

 

Wiec weszło tam dziecko, relikwiarz zrzuciło,

A że był to odlew, wiec go przetrąciło.

Cóż w tym, że naprawa, pieniądze wydane?

Wróciły na stojak niezabezpieczane.

 

Słupki i łańcuszki niepotrzebne były,

Bo nic nie dawały i miejsce szpeciły.

Zatem już powszechny brzdące dostęp mają,

I czasem rozrywki w tym kątku szukają.

 

Z klęczników samochód na czas Mszy się przyda,

Klęcznik za filarem, sprawa się nie wyda.

Więc dwa ostrzeżenia, lecz na nic się zdały,

Żadnego odzewu już wkrótce nie miały.

 

Ludzie słabą pamięć w wielu sprawach mają,

Wielu spraw nie widzą lub zapominają.

Toteż o tych stratach szybko zapomniano,

Relikwiom ochrony ponownie nie dano.

 

Podobno ksiądz szukał miejsca, lecz nie znalazł,

Niełatwo umieścić pięć relikwii naraz.

Potem przyszedł dekret, jego odwołali,

I na miejsce tego innego przysłali.

 

Wprawdzie obu księżom ktoś problem przedstawił,

By w bezpieczne miejsce wszystkie pięć postawił.

Lecz wola parafian-tych co głos tu mają,

Niech stoją, niech ludzie kiedy chcą, cześć dają.

 

Mężczyźni podobno myśl techniczną mają,

Lecz czasem zbyt często babom ulegają.

Nic złego w zamiarach te panie nie miały,

Tylko upust myślom łatwowiernym dały.

 

Jeden głos (też babski)- Relikwie schowajcie!

Tylko w Uroczystość do uczczenia dajcie!-

Był jednak za mały, wiec zignorowali,

Księża posłuch paniom zbyt naiwnym dali.

 

No wiec postawiono wszystkie pięć w kościele,

Na widoku co dnia, w święta i w niedzielę.

Na noc nie chowano, kościół się zamyka,

Nic nikt nie ukradnie, tamtej w mózgu strzyka.

 

Wszystkie na półeczce, na stojaku stoją,

I nic się nie dzieje, księża się nie boją.

Lecz problem był jakby niemym zaproszeniem,

Złych przekornych mocy pożądliwym tchnieniem.

 

Pewnie już wieczorem okno uchylili,

A była niedziela, no to na Mszy byli.

Może wtedy wpadła wstrętna myśl do głowy,

Przesuwając klamkę kradł już do połowy.

 

Zrobił sobie wejście bezczelnie i śmiało,

By prędko bezpiecznie w nocy wejść się dało.

Myślę, że on wiedział iż mu nic nie grozi,

Można pobuszować w nocy w domu Bozi.

 

Wskoczył, wziął relikwie i zabrał pateny,

Wyszedł przez okienko i zniknął ze sceny.

Myślę, że to nie był złodziej zawodowy,

Bo mu większa kradzież nie przyszła do głowy.

 

Szczęście, że nie zrobił większego zamętu

I nie sprofanował jeszcze Sakramentu.

Wtedy byśmy mieli konsekrację nową,

Granda na pół Polski, ktoś by ruszył głową.

 

Bo i brak alarmu, gdyż się okazało,

Że to zabrudzenie przy nim ścian dawało.

Majątek i świętość bez żadnej ochrony,

Teraz gdy się stało, Proboszcz zrozpaczony.

 

Ale gdy na półce razem wszystko stało,

Jakiegoś złodzieja jakby zapraszało.

Patrz, zobacz co stoi, jest niepilnowane…

Wszedł w nocy, wziął skarby i poszedł w nieznane.

 

A ci parafianie, co podobno czcili,

Ubytku świętości nie zauważyli,

Że czego brakuje, czegoś tu za mało,

Przez otwarte okno w grudniu im nie wiało.

 

Dopiero gdy paten na miejscu nie było,

A tu czas Komunii, księdza obudziło.

Przez ten czas ludziska ślady zadeptali.

Policji „Szczęść Boże”, a złodzieje zwiali.