Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

TU TRZEBA WIECZNĄ LAMPKĘ

 

I TU TRZEBA WIECZNĄ LAMPKĘ

 

Czy do buzi, czy do ręki,

Świętą Hostię ludzie biorą,

Zwykle mamy u Komunii

Armię wiernych dosyć sporą.

 

Tak przyjmują Ciało Boga,

W skromnym Chlebie ukrytego,

Ale czy też czczą Potęgę

Oraz świętość Cudu Tego?

 

Bo gdzie Syn jest, tam i Ojciec,

Jako Trzeci jest Duch Święty,

Choć Syn pod postacią ludzką,

W łonie Panny był poczęty.

 

Choć Go znali wszyscy ludzie,

Jadał, pijał, mieszkał z nimi,

Dał za pokarm im Swe Ciało,

Kiedy odejść miał z tej Ziemi.

 

Z testamentem po wsze czasy,

By Apostołowie brali,

W Nowym Wiecznym tym Przymierzu,

Jego Mocą przemieniali.

 

W jego Ciało chleb codzienny,

A w Krew Jego napój-wino.

By z nich Pokarm był na Wieczność,

Moc zbawienna z ich przyczyną.

 

Zdrada w łonie Mu najbliższych,

I pojmanie, Sąd i Męka,

Jeden uczeń oraz Matka,

Mu zostali i udręka.

 

Potem Śmierć i Zmartwychwstanie,

W Swoim Ciele Przemienionym,

Prymat Piotra po wyznaniu,

Aż po trzykroć powtórzonym.

 

Ogień Ducha nad głowami,

Poszli w świat Apostołowie,

To heroldzi mocni w Wierze,

To kapłani i posłowie.

 

Poszli głosić Słowo Boże,

Życie dając dla Tej sprawy,

Którą kult jest Przenajświętszej,

Eucharystii bez obawy.

 

Widząc Go przemienionego,

Znali bardziej, czym jest Bóstwo,

Lecz przez wieki przyszło różnych,

Eucharystii pojęć mnóstwo.

 

Kościół wszystkie je odrzucał,

Przez Sobory i Synody,

Aby wszystko było jasne,

Bez zasłony z mętnej wody.

 

Potem przyszło, co widzimy,

Co nam dziś przeżywać dano,

Już komunię NA KLĘCZĄCO,

Prawie wszędzie skasowano.

 

Bo kolana starszych bolą,

Bo balaski niepotrzebne,

Bo Wieczerzy to Pamiątka,

Choć to Ciało jest Chwalebne.

 

Choć to żywe Ciało Boga,

Co nam Cuda potwierdzają,

Oraz liczne objawienia,

Które Kościół nawiedzają.

 

Kościół wiedział, że w Komunii,

Jest ten sam Bóg, Który w Niebie,

Żyjąc, oraz w każdym miejscu,

Kiedyś wezwie mnie i ciebie.

 

I staniemy przed Tą Mocą,

Byśmy z życia sprawę zdali,

Jakśmy Boga oraz ludzi,

W całym życiu szanowali.

 

Wtedy już za późno będzie,

Aby wrócić i naprawić,

Bo TU-TERAZ w naszym życiu,

Ma nas Boża Miłość trawić.

 

Mamy wierzyć i cześć dawać,

Bogu w Trójcy Jedynemu,

Na kolanach i w pokorze,

Bo proch daje cześć Świętemu.

 

A tu proch jak sosna stoi,

Przeciw Temu, Kto go stworzył,

Uwierzyłby, gdyby Chrystus,

Nagle w rękach księdza ożył.

 

To się owszem teraz zdarza.

Indie, Meksyk i Sokółka,

Ale to też nie przemawia,

Bo wycisza jakaś spółka.

 

Klękać prawie już nie trzeba,

Stać jak sosna w gotowości,

Jak cień znika gdzieś postawa,

Bogiem mocnych wśród Miłości.

 

Niby wiedzą, że to Jezus,

Lecz amnezja dech zapiera,

Że to Bóg- Stworzyciel Świata,

Święty Mocny, nie dociera.

 

Że Ten w jednej Hostii skryty,

Gdyby zechciał to uczynić,

W jednej chwili mógłby Hostię

W Swą Osobę żywą zmienić.

 

I stanąłby przy ołtarzu,

Lśniąc świętością niczym słońce,

Może by Mu uwierzyły,

Niedowiarki i zające.

 

Film komórką by nagrali,

I zdjęciowa sesja była,

Lecz znalazłaby się akcja,

Co by sprawę wyciszyła.

 

Lecz nie powiedzieli tego,

Lecz ta Hostia ma moc taką,

Rzucić wszystkich nas na twarze,

Za postawę byle jaką.

 

Zna historia moment taki,

Gdy Dziesiąta Legia padła,

Gdy zdradziecko do Ogrójca,

Wraz z Judaszem się zakradła.

 

Hostia to On, lecz ukryty,

Jego święte żywe Ciało,

Które może wyjść z ukrycia,

Gdyby ten cud zrobić chciało.

 

Więc co wtedy by się stało,

Gdyby stanął przed ołtarzem,

Tego nawet nie odgadną

Ci z wiekowo dużym stażem.

 

Można tylko się domyślić,

Że te wszystkie okruszyny,

Po podłodze rozrzucone,

W dywan wpadłe odrobiny,

 

Które z palców się szafarzy

Nadzwyczajnych obtrąciły,

Bo paluchów te istoty,

Liturgicznie nie obmyły.

 

Nie wiem skąd się w jaki sposób,

Dziki zwyczaj rozprzestrzenił.

Albo tacy ignoranci,

Albo wręcz niedouczeni.

 

Pyłki wstałyby w tej chwili,

Biczowane, zakrwawione,

Tak jak niegdyś przez Piłatem,

Ludzką ręką znieważone.

 

Może wtedy byś przejrzała,

Ty, co Boga w dłonie chwytasz,

Która niby tak pobożnie,

Lecz Go profanacją witasz.

 

Nawet jeśli dano azyl,

Poczułaś się godna tego,

By brać w dłonie Ciało Boga,

Jak kawałek schabowego.

 

A tymczasem damskie dłonie,

Są pieluchom przypisane,

Oraz garnkom, bośmy wszystkie,

Do posługi w domu dane.

 

Twoje dłonie nieświęcone,

Więc Go brać NIE MAJĄ PRAWA!

To nie słodki Jezusicek,

To jest Świętość, nie zabawa!

 

Kościół uczy od zarania-

Cały Bóg jest i w drobinie,

A nie tylko strzęp kawałka,

O nieznanym ci odczynie.

 

Usta, które Go przyjmują,

Są od zaraz uświęcone,

Jeśli dusze ciężkim grzechem,

Czasem nie są zakażone.

 

Ustom ludzkim dał Bóg prawo,

Tego Chleba spożywania.

Ręce? Tylko te kapłańskie,

Maja prawo Jego brania.

 

W Wieczerniku Apostołom,

Jeśli mówił – bierzcie sami,

To już wszyscy byli przecież

Księżmi albo diakonami.

 

Zatem mieli prawo chwytać,

Ale nam Bóg nie dał prawa!

Bo Komunia to Bóg żywy

I Przedwieczny- Święta sprawa!

 

A kruszynki Ciała Boga

Po posadzce rozrzucone,

Zamiast być adorowane,

Są miotłami wymiecione.

 

Na szufelki, do wiaderka,

A z wiaderka do śmietnika.

Więc co z tego uczcicielu

Własnych pysznych rąk wynika?

 

Boś brał Hostię na dłoń swoją,

Paluchami do ust wkładał,

Tu żeś pierwsze uderzenie,

Bogu swoim biczem zadał.

 

Hostię w łapę, ręce na dół

Nawet i nieoblizane,

I już mamy odrobiny

Po podłodze posypane.

 

Idą drudzy, depczą, bo nic

Na posadzce nie widzieli,

Ale pyłu nie dostrzegą,

Choćby wzrok sokoli mieli.

 

Rękawice i sukienki

Bożym Ciałem poprószone,

Są jak transport na ulice

Bo sumienie twe zawszone.

 

Rękę, w którą Hostię brałeś,

Podasz komuś, klamkę chwycisz,

A niech mini pyłek będzie,

Tu też profanację sycisz.

 

Do łazienki, klozet, woda,

Mycie rąk i kanaliza,

Nie tu miejsce jest dla Hostii,

To Świętości Tej ubliża.

 

W sumie mamy to co mamy,

Gdy Bóg w nieposzanowaniu,

Co tu mówić o Miłości

I od siebie nawracaniu?

 

Pomyśl ty, co w dłonie bierzesz,

Które nie są wyświęcone,

Boże Ciało Przenajświętsze,

Jak jest Ono znieważone?

 

Z waszych palców te kruszyny,

Buciskami rozdeptane,

I z odzieżą w twojej szafie

Leżą lub są w pralkach prane.

 

A śmietniki przykościelne,

Gdzie są zmiotki wyrzucane?

Czy nie tam też wieczne lampki

Być powinny zapalne?