Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

CO MI ZROBISZ JAK MNIE ZŁAPIESZ

 

CO MI ZROBISZ JAK MNIE ZŁAPIESZ
Czysta drwina z Boga i Przykazań Jego,
Choć żyjesz na Ziemi z rozkazu Bożego.
Bóg dał ludziom wolę, by matka poczęła,
Bo druga komórka od ojca się wzięła.

Jak było tak było przy poczęciu ciebie,
Rozkaz "poczynaj się" i tak wypadł w Niebie.
Czasami z korzyścią dla twej rodzicielki,
A czasem to dramat życiowy jej wielki.

Czasem bez jej winy, czasem wina spora,
Już jesteś, więc wrzuć to do wspólnego wora.
Już się urodziłeś, wyrosłeś z malucha,
Poważny lub człowiek wesołego ducha.

Smutny czy poważny złośnik czy pogodny,
Kłotliwy czy może dobry człowiek zgodny.
Jaki byś ty nie był, zły wciąż czy wesoly,
Wszystko twoje wyszło z tej lub owej szkoły.

Czasem się rodzice wiele natrudzili,
Czasem ludzie z ciebie różnego zrobili.
A czasem sam rosłeś jak dziecko ulicy,
To się wszystko bardzo w wychowaniu liczy.

Często się rodzice troską pewnie truli,
Żeby ich dzieciaka ludzie nie zepsuli.
Dość często bywało, że gdyś dorósł prawie,
Obcy cię powiedli ku głupiej zabawie.

Czasem brzdąc od podstaw bez Boga chowany,
Który jest w rodzinie od zawsze wyśmiany.
W takim stadle dziecko pobożne nie będzie,
I zawsze na drwinę z Boga się zdobędzie.

Bywa, matka z ojcem z troski posiwieją,
Bo się sprawy dzieci bardzo mocno chwieją,
Wychowanie dobre lecz wiara nijaka,
Bo ludzie dość wcześnie przerobią dzieciaka.

Wystarczy, że dwóch się ignorantów zbierze,
I mocno rozchwieją czyjeś dziecko w wierze.
Wyśmieją z Kościoła, z księdza z Sakramentów,
Wór życia pęcznieje od takich momentów.

Kto głupi ten słucha i do serca bierze,
Coraz bardziej chwieje się w dobru i wierze.
Pacierza nie mówi i kościół omija,
A diabeł z radością bezbożnictwu sprzyja.

Głupi, kto bez wiary Przykazania bierze,
Bowiem Boga nigdy nie traktuje szczerze.
Ale od niechcenia, żeby matka miła,
Za niechęć do Boga czasem nie karciła.

Dobrze, że w niedzielę chodzi do kościoła,
Jakoś promieniuje jeszcze z domu szkoła.
Ale się nie modli, albo okazyjnie,
Przy czym zachowuje się dość fantazyjnie.

Patrzy czy go widzą, czy słyszą, że umie
Lecz czym jest modlitwa nadal nie rozumie.
Najwyżej jak problem porządnie wystraszy,
Coś kapnie do głowy z pustej wiary czaszy.

Prawda, że z pustego nikt nic nie naleje,
Lecz czasem się kropla jakaś na dnie chwieje.
I los musi zachwiać czaszą jak wulkanem,
Żeby spoważniały usta roześmiane.

By zamilkły drwiące ze świętości Boga,
I chociaż na chwilę wróciły gdy trwoga.
Chociaż się nie życzy nikomu nic złego,
Chce się, by coś częściej dosięgało jego.

Bo choć w trwodze westchnie i wspomni o Bogu,
Choć bez wiary stawał w spraw życiowych progu,
Byśląc, że da radę bezbożnie przez życie,
Bo tak to wymarzył otwarcie lub skrycie.

Choć wymyślił sobie, że sam wszystko zrobi,
I rów między sobą a Bogiem wciąż żłobi,
Wreszcie, że Bóg nigdy w niczym nie pomoże,
Tak sądzi, bo myśleć inaczej nie może.

Ludzie mu go głowy pychy nawkładali,
I własnej pewności pośród drwin dodali,
Więc przyjął jak własne, modlitwę porzuca,
Modlącm się bardziej albo mniej dokucza.

A tym co modlitwy ton często nadają,
Dokucza, że nad nim litości nie mają,
Bo o Bogu mówią i tak go zmuszają,
Że mu złe świadectwo własnym życiem dają.

A jeśli się zmusza, to odwrotnie bywa,
I rośnie mu w głowie wymyślona krzywa.
Bez zastanowienia komu to przeszkadza,
A modlitwa diabłu nie jemu zawadza.

W swoim sercu diabłu gniazdko uwił szczerze,
Stąd wstręt do modlitwy w nim się zwykle bierze.
Jeszcze jeśli diabeł jak lord się rozeprze,
Jeszcze mu przekleństwa i wyzwiska weprze.

I już taki człowiek każdą duszę zgani,
Za wielkie nic albo za drobiazg ochrzani.
Każdy mu przeszkadza, bo po świecie chodzi,
Nawet martwy przedmiot w zwykłym życiu szkodzi.

I swoje humory potrafi siać wszędzie,
I nigdzie mu dobrze na pewno nie będzie,
Przyjazd tylko z równym poglądami przyjmie,
A kto pobożniejszy, tego z grona wyjmie.

Pobożnym dokucza i słowem i czynem,
Zawsze znajdzie złości ku niemu przyczynę.
Zawsze mu dokuczy w każdej chwili doby,
A znajdzie ku temu rozliczne sposoby.

I przyleje duszy tak, by zabolało,
I ćwiczy się w zemście i zawsze mu mało.
Kościól mija albo z łaski go traktuje,
Bo się bardzo mocnym w swym mniemaniu czuje.

Bóg dla niego przykrym dodatkiem do życia,
Niepotrzebnym węzłem, towarem do zbycia,
Od postu najdalej, obżarstwo nie szkodzi,
Lecz się niedowiarek dla sylwetki głodzi.

O, głupi, co Boga jak plewę traktujesz,
Bo się skrępowany wiarą w Niego czujesz,
Bo myślisz, że ktoś tam modlitwą cię dręczy,
Bo cię Msza niedzielna jak zła nuta męczy.

O, głupi co myślisz, żeś jest ponad Boga,
Bo myślisz, że wiara to wielka wymoga.
Przekolorowujesz wszystkie Przykazania,
Mówiąc, że nieludzkie Bóg dał wymagania.

Że żyć przeszkadzają, na wolność się czają,
Bo księża na ludziach się wcale nie znają,
I klepiesz co inny wymyślił w głupocie,
Zostawiając bliskich w poważnym kłopocie.

Wbijając im ciernie coraz głębiej w serce,
Mając ich w duchowej ciągłej poniewierce.
I boją się wspomnieć przy tobie o Bogu,
Boją się przeżegnać cię na życia progu.

Żebyś nie zobaczył i nie wpadł we wściekłość,
Bo by się od ciebie czasem zło odrzekło,
Bo jakbyś spobożniał odwrócą się ludzie,
I myślisz, że dalej będziesz szedł po grudzie.

Lecz pamiętaj sobie, że "mądrość" przeminie,
Jak coś trzaśnie w ciebie, jak niepyszna zginie.
Czasem musi walnąć niczym piorun z nieba,
Lecz to Bóg wie której szczepliny ci trzeba.

Kiedy kij samobij niewiele pomaga,
Kiedy nie skutkuje przyjaznych uwaga,
Choć potrwa latami walka z czartem w tobie,
Lecz może obudzi się człek w twej osobie.

Jak się bardzo zaprzesz, nie przemyślisz sprawy,
Traktując co dobre za temat zbawy,
Takim śmierć cię chwyci przed karą- po karze,
I dostaniesz wieczne potępienie w darze.

Nie gadaj, że czas masz, jeszcze się nawrócisz,
Zło, którym się bawisz, w każdej chwili rzucisz,
Nieprawda, bo jak cię kiedyś tam dorwało,
Jak już cię chwyciło, to będzie trzymało.

I żeby cię wyrwać, wielkiej walki trzeba,
I ciągłe modlitwy podsyłać do Nieba.
I walczyć o duszę na śmierć i na życie,
I pot się lać będzie oraz łzy obficie.

Gdy już pozwoliłeś wejść diabłu do duszy,
Niełatwo się ona do modlitwy skruszy.
Bo jemu przeszkadza najmniejsze wzdychanie,
Bo mu się rozwala w duszy twej mieszkanie.

Im więcej pyskówek oraz ignorancji,
Im więcej twych niby przeciw Bogu racji,
Im więcej niechęci do każdej modlitwy,
Im więcej za światem bezbożnym gonitwy,

Tym lepiej dla niego, tym pewniej się czuje,
Coraz więcej złości w twojej duszy knuje.
Modłów nie dopuści, bo nawet słuchanie,
Burzy mu spokojne w tobie zamieszkanie.

I taki siedzi z gracją, dobrze mu u ciebie,
I kusi byś przeklął i chmury na niebie,
Nawet i łyżeczkę co spadła ze stołu,
I dwa oka więcej w talerzu rosołu.

A ty myślisz, że ci z tym wszystkim do twarzy,
Bo dokuczasz ludziom jak dusza zamarzy.
Może cię Bóg trzepnie, byś przejrzał na oczy,
Idąc ku jasności z tej śmiertelnej nocy.

Bo trwając w niej mocno ugrzęzłeś jak w bagnie,
Ani się obejrzysz, jak już będziesz na dnie.
A droga odwrotna będzie niemożliwa,
I tu się przyszłości szczęścia łut urywa...

O, głupcze! Wszak Boga nigdy nie przekroczysz,
Nawet jeśli Prawo jego dziś przeskoczysz.
Ono cię dogoni i tak cię przykryje,
Że wszystko co było złe w tobie ożyje.

Ale tylko po to, by się przypomniało,
Czym na twoją zgubę karmiło się ciało.
Wtedy diabeł z gniazdka twej duszy wyskoczy,
I poniesie z gestem do piekielnych nocy.

Miał cię będzie na zawsze, bo się napracował,
I żadnej okazji w tobie nie darował.
Każde zło zrodziło ostów całe pole,
Gdyż dobrze odegrał zwodziciela rolę.

A tyś myślał, że to twe własne mądrości,
Ta niechęć ku Bogu, przekora i złości.
To zaś było jego kłamliwe działanie,
Na ciebie, twą pracę i ziemskie mieszkanie.

I choć teraz w złości Panu Bogu sapiesz,
"Co mi zrobisz, gdy mnie Panie Boże złapiesz",
Odpowie: Ja ciebie nie znam chociaż znałem,
Choć na nawrócenie twe długo czekałem,

Dziś stoisz przede Mną w zgniliźnie życiowej,
Boś zmarnował, co Ja dałem tobie zdrowe.
Wytłumacz przede Mną swe postępowanie,
A coś wybrał w życiu, teraz ci się stanie.

Idź precz tam, gdzieś wybrał wieczyste mieszkanie,
A ty bierz swej pracy ten owoc, szatanie!
On zaś cię pochwyci, poniesie do piekła,
Bo mowa za życia Boga się odrzekła.

Bo takie pyskówki były odrzekaniem,
Więc coś wybrał w życiu, wiecznością się stanie.
A gdybyś zawalczył o życie twe w Niebie,
To zło by nie miało przystępu do ciebie.

Ten zaś mój poemat nie ma być wyrokiem,
Ja cię nie odrzucam słowem ani wzrokiem,
Tylko cię ostrzegam, byś otworzył oczy,
Bo zło twoje z tobą dziś jak twój cień kroczy.

Poemat ten nie jest przekleństwem dla ciebie,
Lecz widzę, żeś dzisiaj jest w życia potrzebie,
Niczym antybiotyk na zapalne stany,
I tak ma przez ciebie być potraktowany.

Styczeń 2019