Twórczość Janiny Snopek Stefaniak

FOSA BAJKĘ POWIEDZIAŁA

 

FOSA BAJKĘ POWIEDZIAŁA                                

 

 

W dawnych czasach, w dawnych wiekach,

Za morzami i lasami,

Żyła raz Pterozaurowa

Z maleńkimi bliźniakami.

 

Tato też był pterozaurem,

Zwano go Pafnucy Fokał,

Lecz z łakomstwa zdechł w Swarzędzu,

Gdy z Cybiny wodę cmokał.

 

Gdzie mieszkały – nie wiadomo,

Czy wśród krewnych – zgadnąć trudno.

Gdy Pafnucy w świat odleciał ,

Z samą mamą było nudno.

 

Więc prosiły: list napiszmy,

Lub depeszę, proszę mamy,

Albo lećmy w tamtą stronę,

Którą tylko z bajek znamy.

 

Trudno było zdecydować

Się mamuśce na podróże.

Bo mieszkało jej się dobrze,

Jadła pełno, lasy duże...

 

Ale dzieci wciąż prosiły,

Więc od rana dnia pewnego

Posadziwszy je na oklep

Odleciała z kraju tego.

 

Bardzo długo tak lecieli

Nad morzami i lasami,

Ale dzieci, jak to dzieci,

Chciały z grzbietu zejść czasami.

 

Zgięte nóżki rozprostować,

Coś przekąsić, popić wody,

Psotne były. Gdzie stanęły,

Narobiły dużo szkody.

 

A to drzewka połamały,

Wodę w rzece zamąciły,

Zgniotły trawę po obiedzie,

Kiedy w berka się bawiły,

 

Już lecieli tydzień cały,

Dawno góry się skończyły,

A mamuśce się kierunki

Ze zmęczenia pomyliły.

 

Więc nie mogła znaleźć męża,

Ani śladu jego jamy,

Zaś bliźniaki kaprysiły,

Bo zejść chciały z grzbietu mamy.

 

Znów pobiegać, gdzieś zamieszkać,

Fruwać uczyć się nad lasem,

I przekąsić coś dobrego

Ciastko lub pralinkę czasem.

 

Nie wiadomo skąd maluchy

Do zabawy miały siły,

Bo gdy obiad podawano,

Już zawczasu marudziły.

 

To niesmaczne, to zbyt kwaśne,

Byśmy zjadły coś innego,

Oj! Za duża porcja, mamuś!

Dajże lepiej coś słodkiego!!!

 

Boguś jeszcze jadał jakoś,

Lecz Sabinka grymasiła,

Więc domyślić się nietrudno,

Że jak palec szczupła była.

 

Boguś miał okrągłe kształty,

Jadł co dano, chociaż mało,

A mamuśka też wybredna

Bardzo była – powiem śmiało.

 

Tego nie zje, to za tłuste,

To niesmaczne...Mało piła.

Bo się bała, żeby czasem

Szczupłej linii nie straciła.

 

Co dnia się w lusterku wody

Wyginając – przeglądała,

Puch pazurem przeczesała,

Biżuterię poprawiała...

 

Tak zazwyczaj z damą bywa,

Dbać o linię jej wypada,

Elegancja i maniery,

Miłe słówka – trudna rada!

 

Więc różniły się od taty,

Który dawno już odleciał,

I gdzieś w świecie w jakiejś grocie

Tłusto dużo jedząc, siedział.

 

Nic by też o jego losie

Ludziom znanym, nie wiedziały,

Ale wróble dnia pewnego

Oraz sroki rozgadały.

 

Nie zmartwiła się mamuśka,

Bowiem sprawy tak się mają,

Że panowie w owym rodzie

Apetyty wielkie mają.

 

Nie znają też głodu miary,

Bo jedzenia wciąż im mało,

Tak że wielu z przejedzenia

I z przepicia pozdychało.

 

Kiedy więc się dowiedziały,

Rzekły krótko: „Sam tak chciałeś”.

Szkoda, że nie zobaczymy,

W którym mieście zamieszkałeś.

 

 

Kogo miały szukać dalej?

Przy zamku się zatrzymały

I ogromną nad jeziorem

Jamę sobie wygrzebały.

 

Nuż wędrować ulicami,

Patrzeć w okna, kraść kapustę,

Jeść marchewki prosto z grządek,

Czasem kury – lecz... nie tłuste !

 

Mlecze, kwiatki i sałatę,

Wiśnie z drzewek objadały,

Gdyż damulki jak wiadomo

O wysmukłe kształty dbały.

 

Boguś lubił jeść mięsiwa,

Lecz go obie wyzywały,

Kładły przed nim jarzyn góry

I kalorie wyliczały.

 

Ludzie gości podpatrzyli

I petycję napisali

By nie kradły. W niej wikt stały

I napoje obiecali.

 

Dieta dietą, lecz ogromy

Żywić to nie bagatela,

Więc głos zajął na naradzie

Miejski garncarz – Piotr Niedziela.

 

On powiedział: Moi ludzie,

Wikt już im obiecaliśmy,

Lecz jak zdobyć tyle jadła,

Jeszcze nie wymyśliliśmy.

 

Proponuję, by dla zgody

Oraz naszych oszczędności

Wejść w układy z ichmościami

I nauczyć ich grzeczności.

 

Niech nie depczą naszych grządek,

Zamiast kraść, niech pomagają,

Bram niech strzegą, orzą pola,

Drzewa z puszczy wyrywają,

 

Byśmy mieli wiele pola,

Jarzyn kopy uprawiali,

A gdy drewno z lasu zwiozą,

Będziemy się zimą grzali.

 

Ale...jak im to powiedzieć,

Żeby się nie obraziły

I ze złości gniazda w zamku

Albo w parku nie zrobiły.

 

Odezwał się nauczyciel,

Co na sporcie znał się dobrze,

Że podejmie się mediacji

I załatwi sprawę szczodrze.

 

Ustalono, że z Niedzielą

Pójdą razem na rozmowy,

Lecz plan pracy na rok cały

Dzisiaj musi być gotowy.

 

Uchwalono, że hodowlę

Podejmie się dodatkową,

Proponując gościom dietę

Anty-cholesterolową.

 

Żywić drobiem gotowanym,

Marchwią, szczawiem i burakiem,

I głąbami od kapusty

Oraz kaszą ze szpinakiem.

 

Jeśli chcą szczupłymi zostać,

Trzeba się gimnastykować,

Tu pomoże tęga praca,

Więc nie wolno leniuchować!

 

Poszli o zachodzie słońca...

Z nimi kucharz – chłop morowy,

Dietetyczka wraz z medykiem

I zaczęły się rozmowy.

 

Boguś zaraz dietę dostał,

Bo już lekką miał nadwagę,

Zaś Sabince darowano

Dosyć dużą niedowagę.

 

Lżej się będzie fruwać małej

I skrzydełek nie pomęczy,

A mamuśka przy badaniu

Na wątrobę bardzo jęczy.

 

Więc dostała lekką dietę,

Gotowaną, wątrobową,

Dla szczupłości dużo pracy,

Czyli ruchu porcję zdrową.

 

Już myśleli, że przegrana,

Bo ta dama się zjeżyła,

O mało co dietetyczki

I lekarza nie pobiła.

 

Na to stanął Piotr Niedziela

Rzekł stanowczo – moja droga

Szczupłość ci zapewni tylko

Praca oraz dieta sroga.

 

Podejmiemy się hodowli

Kur, kogutów oraz kaczek,

Lecz to obiad na niedzielę,

A na co dzień zaś szpinaczek.

 

A bliźniaki dzielnie mają

Nosić drewno na kurniki,

Twoja jejmość ścinać drzewa,

Ciągnąć pługi i siewniki.

 

Tak zaczęła się współpraca,

W trójkę ciężko pracowały...

Dieta lekka, praca ciężka,

Więc apetyt dobry miały.

 

Lecz z wysiłkiem tak to bywa,

Musi jadać, kto pracuje.

Więc się w mieście kur i kaczek

Coraz więcej już hoduje.

 

Kurniki powiększać trzeba,

Grząd z jarzyną przybywało,

Lecz mamuśce wokół pasa

Centymetrów ubywało.

 

Szczuplał Boguś, a Sabinka

W swojej linii się trzymała,

Bo naprawdę schudnąć z czego

Ona jedna już nie miała.

 

Dobrze jedząc, pracowały,

Pól, kurników przybywało,

Wszystkim w mieście dobrze było,

Bogactwo się powiększało.

 

Cieszono się, że ich miasto

Pterki wzięły na mieszkanie,

Obcy ludzie zazdrościli,

A najbardziej...Swarzędzanie...

 

U nich było już po sprawie,

Chociaż mniejsze szczęście mieli,

Lecz źli byli, że wad Ptera

Wykorzystać nie umieli.

 

Wprawdzie sobie poradzili,

Całkiem nieźle skorzystali,

Lecz sąsiedzi – orzekł burmistrz

Lepiej sprawę rozegrali.

 

Trudno – darmo.. już się stało,

Czasu nikt nie cofnie przecie,

O nowego teraz trudno,

Coraz mniej ich już na świecie.

 

Więc patrzyli, jak sąsiedzi

Orzą łan pterozaurami,

Tam gdzie puszcza była niegdyś,

Już kołysał wiatr zbożami.

 

Małe ptasie dorastały,

Apetyty dobre miały

Jak przy pracy – więc kurniki,

Pełne drobiu przybywały.

 

Wszyscy ludzie się dziwili,

Sąsiedzi z nich żartowali,

A miasteczku na pamiątkę

Nową nazwę „ Kórnik” dali.

 

Zazdrość z czasem wypłowiała,

Więc się wszyscy pojednali,

Ptasie żyły wiele wieków,

A wszyscy je szanowali.

 

Gdy po latach przyszła starość,

W testamencie napisały,

By się Swarzędz oraz Kórnik

W jakiś sposób pobratały.

 

Nikt z początku nie rozumiał,

Jak tą wolę spełnić miano.

W końcu pana Grudzińskiego

Z Kórniczanką wyswatano.

 

Tak bajeczka się skończyła.

Choć nikt tego nie pamięta,

Lecz kronikę napisała

Fosa w wody swej odmętach.

 

A ja lubię tam siadywać,

Czytać, co zaś wyczytałam,

Na pamiątkę całej sprawy

W pięknej bajce opisałam.