BAJKA O TAKIM CO DWIE RZEKI WYPIŁ

 


 

BAJKA O TAKIM, CO DWIE RZEKI WYPIŁ

 

W dawnych czasach, które dzisiaj,

Poszły spać za góry, rzeki,

Był kraj jakiś, nie wiem jaki,

Ale piękny choć daleki.

 

Były tam ogromne góry,

Na nich lasy w lasach świerki,

A w tych lasach żyły dziki,

Lwy i groźny zwierzak wszelki.

 

W górze była zaś pieczara,

Długa, ciemna i wysoka,

A górzysko było wielkie

O niezwykle stromych stokach.

 

Kiedyś lwy się tam zakradły,

Szukać nie wiadomo czego,

Darły ziemię pazurami,

Bo poczuły coś smacznego.

 

Wygrzebały kule takie,

Niczym jajka lecz tak wielkie,

Że się skryć musiały przy nich,

Nawet strusie jaja wszelkie.

 

Lwy je dobrze obwąchały,

Chciały zjeść, lecz się nie dało,

Bo ni jedno groźne lwisko

Rozbić jajek nie umiało.

 

Pomruczały, zostawiły

I odeszły gdzieś na łowy,

I niezwykłe znalezisko

Wkrótce im wypadło z głowy.

 

Jaja długo tak leżały,

Rok lub dwa lub dziesięć może,

Już nie w czarnej zimnej jamie,

Lecz na słonku więc na dworze.

 

Dnia pewnego pękły same,

A to co się z nich wykluło,

Jeszcze chodzić nie umiało

I się niezbyt pewnie czuło.

 

Ale życie to nie bajka,

Trzeba brać się z nim za bary,

Więc chodziły zwiedzać góry

Pradoliny i pieczary.

 

Jadły co im gdzie przypadło,

Grzybki, jajka i maliny,

Lecz najchętniej odwiedzały

Małą wieś w środku doliny.

 

Bo tam ludzie kury mieli,

Te im bardzo smakowały,

Lecz gosposie wypatrzywszy,

Prędko ze wsi je przegnały.

 

Poszły dalej już nie takie

Malusieńkie jakie były,

Co dzień były trochę większe,

Ledwo w lesie się mieściły,

 

W lesie bowiem drzewa gęsto,

Rosną sobie oraz krzaki,

A zwierzaki prawie takie,

Na wysokość jak rumaki,

 

Ale długie na pięć metrów,

Bo ogony wielkie miały,

Więc się w gąszczu pośród świerków

I limb zmieścić nie umiały.

 

Były już na tyle silne,

Że lwa jadły na śniadanie,

A wieczorem szły ponownie

Na kolejne polowanie.

 

Jeśli ktoś apetyt taki

Ma, że zjada lwa jak muchę,

Prędko wyje wszystko z boru,

I jest zbójem a nie zuchem.

 

Dnia pewnego już nie było,

Żadnych zwierząt na kolację,

Wiec się z sobą pokłóciły,

Każdy zaś z nich chciał mieć rację.

 

Nocą wyły jak lwy z głodu,

Rano złe jak osy były,

Potem doszły do strumyka

I do dna go wnet wypiły.

 

To humory poprawiło,

Więc usiadły na naradę,

Oskarżając się wzajemnie

O łakomstwo i zdradę.

 

Jak się zgodzić kto nie może,

To odwraca się ogonem,

I tak też zrobiły właśnie

Dinozaury trzy zwaśnione.

 

Poszły sobie gdzie pieprz rośnie,

Chyba gdzieś ku w Himalajom,

Tam się dwa z nich ożeniły

I kolejne zniosły jajo.

 

Jeden poszedł aż za Ural

I tam żył aż do niedawna,

Mówił ktoś, że to samica,

Nieurodna choć postawna.

 

Ale to niedługo trwało,

Bo panienka się nudziła,

Właśnie ona z Pukolinem

Wspólne stadło założyła.

 

Dwa ostanie inne były,

Przez trzy tamte nielubiane,

Były mniejsze i inaczej

Niźli tamte zbudowane.

 

Żadne chuchra z nich nie były,

Ale zamiast przednich łapek,

Miały skrzydła oraz dzioby,

Zamiast przeogromnych chrapek.

 

I tak żyły całe lata,

Ludzie nigdzie ich nie chcieli,

Bo gdzie by się pojawiły,

Wszyscy wielkie straty mieli.

 

Wiec chodziły sam już każdy,

Bo się gryzły niemożliwie,

Aż się w lesie drzewa trzęsły,

I kłóciły się straszliwie.

 

Pierwszy zwał się Pukolino,

Bo ogonem w ziemię walił,

A rzec trzeba że miał ogon,

Taki mocny jak ze stali.

 

Drugi był Pafnucy Fokuł,

Bo gdy szedł na polowanie,

Jakoś wychodziło samo

Mu pufanie i fukanie.

 

Dama była Widzimisia,

Bo humory zawsze miała,

I się zgodzić z kolegami,

Z lat dziecinnych nie umiała.

 

Te zaś co skrzydełka miały,

Zawsze razem w zgodzie żyły,

Nazywały się Gimbuski

I na skałach gniazdka wiły.

 

Potem jakoś się zdarzyło,

Że z nich jedna legła w boju,

Gdy pobiła się ze słoniem,

Który szedł do wodopoju.

 

Druga poszła stamtąd sobie

Lub zwyczajnie odfrunęła,

I za męża Pafnucego

Za lat kilka sobie wzięła.

 

Nie szkodziło, że nie latał,

Nawet skrzydeł nie posiadał,

Ale mu się podobała

Więc ukłony przed nią składał.

 

Lecz z mieszkaniem kłopot mieli,

Bo on wolał żyć w pieczarach,

Ona zaś na szczycie skały,

Odpoczywać zaś w szuwarach.

 

Lecz im to nie przeszkadzało,

Bliźniaków się doczekali,

A choć tato był łakomy,

Wszyscy troje go kochali.

 

Lecz nie mogli mieszkać razem,

Bo pieczara ciasna była,

I by się ogromna czwórka,

W małym wnętrzu nie zmieściła.

 

Pan Pafnucy ryczał z rana,

Ryczał także i wieczorem,

Aż się trzęsły małe krzaki

Oraz dęby całkiem spore.

 

Zresztą jak to z łakomczuchem,

Nie zna miary głodu swego,

Zjadłby wołu i żyrafę

I indyków z pięć do tego.

 

Żona wiec niepewna była,

Czy się kiedy nie pomyli

I maluchów jej kochanych

Nie pochłonie w jednej chwili.

 

A był panem okolicy,

I tyranem mówmy szczerze,

Zjadał co pod pysk podeszło,

Czy to świeże czy nieświeże.

 

Pysk miał wielki, więc problemu

W połykaniu nie miał raczej,

Toteż brał na dwa kłapnięcia,

To co biega i co skacze.

 

Raz oberwał od mamuta,

Toteż z dala go omijał,

Zresztą z żadnym zwierzem w lesie,

Od lat kilku już nie sprzyjał.

 

Nikt nie lubił rozbójnika,

Kto żyw uciekł gdzie pieprz rośnie,

Bo gdzie rządzi tyranozaur,

Tam nie może być radośnie.

 

I rolnicy kłopot mieli,

Bo gdy zbrakło jadła w lesie,

Orzekł, że co dzień kto inny,

Furę mięsa mu przyniesie.

 

Więc kto żyw uciekał,

Choćby i za siódme morze,

Byle tylko żyć spokojnie

I zapomnieć o tym stworze.

 

A ci, co zostali jeszcze,

Nic poradzić nie umieli,

I od rana do wieczora,

O kłopocie swym myśleli.

 

Jakże podejść, jak wykurzyć,

Czyżby może las podpalić,

Lecz się bali, ze wieś spłonie,

I nie mogli nic ustalić.

 

Tak myśleli ze dwa lata,

I nic im nie wychodziło,

Lecz się problem sam rozwiązał,

Więc słuchajcie, jak to było.

      #

W dawnych czasach w pewnym mieście,

Gdzie się często swarzyć mieli,

Jakiś wielki stwór zamieszkał,

W czas poranny przy niedzieli.

 

Jak go nazwać, nie wiedzieli,

Bo miał paszczę jak wóz konny,

Wielki ogon, tylne nogi

I naprawdę był ogromny.

 

Przednie nogi jakieś małe,

Nikt nie wiedział po co takie,

A zębiska w paszczy wielkie,

Mocne więc nie byle jakie.

 

Miasto wtedy małe było,

Krawców paru, a mieszczanie,

Z rannych modłów powróciwszy,

Jedli jajka na śniadanie.

 

Na obiady i kolacje,

Stosy mięsa na paterach,

Podawano im do stołu,

A to była prawda szczera.

 

Zaś te mięsa gdy pieczono,

Taki zapach wydawały,

Że wiatr nimi zachwycony,

Niósł je hen, za siódme skały.

 

A pod skałą spał w pieczarze,

Po zbyt skromnym już obiedzie,

Nasz bohater i śnił, że mu

Coraz gorzej tu się wiedzie.

 

Sen ten zbudził go bo przecież

Kto to widział kusić Dina,

Czyli Pana Pafnucego

I gdzie tego snu przyczyna?

 

A więc właśnie o obiedniej,

Przed jaskinię wyszedł porze,

Dżdżysto było i wiatr silny,

Od zachodu wiał na dworze.

 

Głód dokuczał Łakomcowi,

Więc spoglądał czy owieczkę,

Niosą z hali mu na obiad,

Osłów pięć i wina beczkę.

 

Wtem wiatr powiał jeszcze mocniej,

Niosąc z dala zapach taki,

Że tak ryknął, aż na górze

Rozpiszczały się bliźniaki.

 

A on darł się: Śmiałek jaki,

W której wsi mięsiwa smaży?!!

Więc lustrację przeprowadzę,

Gdzie to się tak dobrze darzy,

 

Że barany, woły pieką,

Które ja zastrzegam sobie,

Idę tam, skąd zapach leci

I porządek z nimi zrobię!

 

Kłapnął głośno zębiskami,

Że skaliska aż zadrżały,

Poruszyło to kamienie,

I lawiną poleciały.

 

Co się dzieje? Nie przelewki,

Wiejże kto żywy, bo zabiją!

Prędko uciekł bo te głazy,

Pewnie na złość jemu żyją.

 

Gdy już wreszcie zatrzymały,

Się bo więcej ich nie było,

Ujrzał, że pieczarę jego

Całkowicie zawaliło.

 

Tylko jeszcze zapach wędlin,

Taki miły, jakich mało,

Znowu niesie od zachodu

I to go udobruchało.

 

Prędko zerwał się do biegu,

Żonie krzyknął: Cześć, kochanie!

I popędził przełęczami,

Ku zapachom na śniadanie.

 

Juhas z bacą gdy ujrzeli,

Że odchodzi, odetchnęli,

Bo na hali dwie już tylko,

Ocalałe owce mieli.

           #

A on pędził aż go nogi,

Po pachwiny zabolały,

Bo był tłusty i tak ciężki,

Że nieść rady nie dawały.

 

Leniuch był więc mu po skałach,

Wspinać się nie chciało wcale,

Więc lenistwo z worka wyszło,

Podróż to nie czas na żale.

 

Jak ktoś woli po obiedzie,

Wiązać sadło drzemiąc w jamie,

To ma teraz ciężki problem,

Lecz on sam przed sobą kłamie,

 

Że daleko, góry strome,

Drogi nieco wyboiste,

Zapach nęci, miasta nie ma,

A mu śpieszno na pieczyste.

 

A ten zapach nie ustawał,

Więc nęciło obżartucha,

Choć już słońce zachodziło

I nastała cisza głucha.

 

Góry dawno za nim były,

Wpław przemierzył Wołgę, Niemen,

A był głodny jak sto wilków,

Zjadłby choćby chleba z dżemem.

 

Wiatr się wzmagał, noc zaległa,

I raz po raz grzmiało z dala,

Lecz on myślał, że to w brzuchu,

Gra mu niczym flet górala.

 

Ale burza nadchodziła,

A on był zmęczony strasznie,

Więc przystanąć, aż tu obok

Jakiś piorun jak nie trzaśnie!

 

Na to wściekł się nie na żarty,

Aż podskoczył, lecz z przestrachu,

I się w jednej chwili znalazł

Na płonącym właśnie dachu.

 

Jak nie ryknie, jak nie fiknie,

Jak nie dmuchnie jak z dmuchawy,

Dom ugasił, ale ogień,

Nie jest przecież do zabawy.

 

Poleciały w górę żagwie,

Z nimi ogień hen nad lasem,

Gdy on chłodził w Sanie nogi,

Las się palił już tymczasem.

 

Jak wilk głodny, poparzony,

Dwa dni moczył nogi w Sanie,

Wyjadł z rzeki wszystkie ryby,

Które złowił na śniadanie.

 

Wreszcie nabrali sil, odpoczął,

Wiatr się kręcił w międzyczasie,

Więc zawrócił i dni kilka

Błądził w puszczy przy Donbasie.

 

Wreszcie wiatr się ustatkował,

Przyniósł zapach pieczystego,

Więc już prawie wypoczęty

Jak na oślep biegł do niego.

 

Prawie by utonął w Dnieprze,

Dobrze, że kamienie były,

Wylazł na nie powolutku

I one go ocaliły.

 

Wisłę wolał już okrążyć

Był więc aż u Baraniej Góry,

Gdzie jednemu rolnikowi

Zjadł z kurnika wszystkie kury.

 

W głowie mu się pokręciło,

Powędrował aż do Łodzi,

Schudł z wysiłku, lżej mu było,

Spostrzegł, że otyłość szkodzi.

 

Pewnie by się tam zatrzymał,

Bo tam właśnie łowy mieli,

Więc podjadał co złowili,

Od soboty do niedzieli.

 

Wreszcie gdy go wypatrzyli,

Upolować jego chcieli

Już zakłady porobili,

Kto i z czego go ustrzeli.

 

Widział więc, że nie przelewki,

Więc się rzucił do ucieczki,

Wpadł w pasiekę, zniszczył ule

Powylewał miodne brzeczki.

 

Nim gospodarz wypadł z chaty,

Jego dawno już nie było,

Bo ruszyły za nim pszczoły,

Osiem rojów go goniło.

 

Biegł na oślep, bo go gryzły

W ogon w głowę, gdzie się dało,

Ogon opuchł mu jak bania

I przytyło dziwnie ciało.

 

Wreszcie wskoczył do jeziora,

Co Ślesińskim zwane było,

I tam siedział ze trzy doby,

Aż się wszystko uciszyło.

 

Jakoś dotarł do Konina,

Myślał, że tu podje wreszcie,

Lecz tu były ze trzy chaty,

Był więc na wsi a nie w mieście.

 

Zastał browar zjadł co było,

Spił się i spał ze trzy doby,

Jak się zbudził to nie poznał,

Szanowanej swej osoby.

 

Do kieratu zaprzątnęli,

Musiał chodzić dookoła,

Za nim kilku poganiaczy,

Więc wędruje ile zdoła.

 

A ten kierat był w kopalni,

Uruchamiał on maszyny,

Więc pracował w pocie czoła,

Robiąc nieszczęśliwe miny.

 

Wreszcie zerwał się z łańcuchów,

Uciekł i szedł w podług Warty,

Szukał znów zapachu tego,

Bo tak bardzo był uparty.

 

Szedł, szedł już ostatkiem woli,

Wreszcie wiatr dał znać o celu,

Więc zatrzymał się w Siekierkach,

A tam było po weselu.

 

Góra kości po pieczystym,

Za stodołą się walała,

Więc je pożarł jednym haustem

I zakrztusił się bez mała.

 

Przyszli chłopi go ratować,

Bili w plecy orczykami,

Wyciągnęli ugrzęźnięte

Wole żebra bosakami.

 

Tak był biedak wystraszony,

Że choć jeszcze kaszlał trochę,

Żeby w gardle się podrapać,

Obżarł komuś zagon z grochem.

 

Wypił wodę z Michałówki,

Wyjadł kiełbie z Średzkiej Strugi,

Lecz pojęcia nie miał chyba,

Że wędruje miesiąc drugi.

 

Był to czerwiec, kwiatów pełno,

Trawa po pas na ugorach,

Wreszcie patrzy a tu wioska,

Nad jeziorem dosyć spora.

 

Łąki, na nich krowie stado,

Do jeziora rzeczka płynie,

Wszędzie zapach jak w gościńcu,

Więc tej wioski nie ominie.

 

Jak się wioska nazywała,

Chyba mu nieważnym było,

Ale czuł, ze wędrowanie

Jego właśnie się skończyło.

 

Jeszcze tylko kroków parę,

Koniec wioski i miasteczko,

Więcej wsi tu dookoła,

Nad malutką bystrą rzeczką

#

Patrzy, górki i pagórki,

Na pieczarę się przydadzą,

Ale jak się tu dowiedzieć,

Czy przybysza nie wydadzą.

 

Znalazł wejście wśród tarniny,

Jamę sobie wybudował,

Bo deszcz właśnie szedł i burza,

Więc na czas się w jamie schował.

 

Wreszcie doszedł, ma już domek,

Ale głodny i spragniony,

Woda blisko, ale widzi

Że machają dwa ogony.

 

Patrzy, krowy trawę skubią,

A pasterze waśnie wiodą,

Bo nie widzą rozbójnika,

Więc nie liczą się ze szkodą.

 

Łeb wystawił za tarniny,

Porwał wołu, zjadł jak muchę,

I znów się uwalił w jamie,

Myśląc jakim to jest zuchem.

 

A miasteczko dziwne była,

Tam dość często się swarzyli

Jeden z drugim, co znaczyło,

Że po prostu się kłócili.

 

Więc kłócili się co rano,

Gospodarze jeden z drugim,

O co szło im, nie tak ważne,

Nawet kiedy szli za pługiem.

 

Kłócili się czy swarzyli

I w południe i wieczorem,

Czasem były to dyskusje,

Czasem zwady dosyć spore.

 

Więc i chłopcy na pastwiskach,

Ciągle o coś się swarzyli,

Więc że ktoś im kradnie krowy,

Nawet nie zauważyli.

 

Dopiero gdy nad wieczorem,

Ktoś nie znalazł swojej krowy,

Chłopcy zaś nic nie wiedzieli,

To zaczęły się rozmowy.

 

Gad- przypomnieć to musimy,

Że się zwał Pafnucy Fokał,

Także nocą szedł na łowy

I z jeziora wodę cmokał.

 

Rzeczkę jeszcze bokiem mijał,

Bo zapomniał o niedoli,

Już był panem okolicy,

I drwił z rzeczki owej roli.

 

Kradł co było, zbierał siły,

Po podróży nadwątlone,

Już mu w bokach przybywało,

Plany też miał ustalone.

 

Chodził sobie wieczorami,

Podpatrywał gospodarzy,

Wiedział jak się komu wiedzie,

Jak się komu w polu darzy.

 

Widział, że bogaci ludzie,

Znalazł o co mu chodziło,

Więc się cieszył że tak dobrze,

Już od dawna mu nie było.

 

Na całego się panoszył,

Już dostrzegli go rolnicy,

Oglądali puste pola,

Po marchewkach ogrodnicy.

 

W sadach puste drzewka stały,

Bo zjadł jabłka nie dojrzałe,

Powyżerał z pola zboża,

Jeszcze trochę niedostałe.

 

Tak się bardzo rozpanoszył,

Że zażądał dokarmiania,

Co dzień krowa, beczka wina,

I powiększał wciąż żądania.

 

A to brzeczek miodnych dać mu,

A to ryb z jeziora złowić,

Nie przelewki, więc się ludzie

Zaczynają nad tym głowić.

 

Przyszła zima, ludzie w domach,

Posmutnieli, biedę klepią,

Tylko jeszcze obmyślaniem

Jak zaradzić głowy krzepią.

 

A tu drze się już od rana,

Bowiem nocka długa bywa,

Biada, gdy nie stoi rano

Kaszy wóz i stos pieczywa.

 

Już nie było ani wołu,

Ni barana ani sarny,

Co tu robić? Jak zaradzić?

Los z dobrego stał się marny.

 

Więc przywoźcie mi skąd chcecie!

Darł się ile sił miał w sobie,

Więc kłaniali się mieszkańcy,

Kapeluszem tej osobie.

 

Ryczał aż się trzęsły lasy,

Ludzie bali się o domy,

Bo wyżerał dziury w dachach,

Dachy były zaś ze słomy.

#

Tak się bardzo rozzuchwalił,

Że oświadczył dnia pewnego,

Że ślub weźmie niezadługo

Z córką wójta Ambrożego.

 

A Wójtówna chłopca miała,

Nie myślała zdradzać jego,

Zresztą gdzieżby szła za kogoś

Sprzed kamienia łupanego.

 

Jasiek zmyślny był i miły,

A robotny jak mróweczka,

Więc pył przed nim zamiatała

I dawała wciąż ciasteczka.

 

Więc jak wieść ta się rozniosła,

Ludzie rzekli: Dosyć tego!

Niech dinozaurówny szuka

Bo to para jest dla niego.

 

Nikt nie wiedział bo skąd niby,

Że daleko na Uralu,

Ma on żonę i bliźniaki,

Które tęsknią za nim w żalu.

 

A Wójtówna nie dla niego,

Zresztą żadna ze wsi dama,

Chyba , że na ochotniczkę,

Chce iść jaka wdowa sama.

 

Ale kto tu się odważy,

Rzec to tyranozaurowi,

Więc się głowi cały powiat

I Biedrusko też się głowi.

 

Nawet już go zaprosili,

Na poligon bo myśl mieli,

Że z armaty wycelują,

Lecz naboje ślepe wzięli,

 

No bo ciura w magazynie

Źle pociski poukładał,

Więc Pafnucy wściekł się całkiem

I sam wszystkim klęskę zadał.

 

Nie da rady, już przegrana,

I Biedrusko nie pomogło,

Co tu robić by dranisko

Weseliska nie wymogło?

 

Obmyślili, że jest taka,

Stara panna opryskliwa,

Tą ubierze się do ślubu

I tak jego się wykiwa.

 

Jak radzili- tak zrobili,

Pannie za mąż się nie chciało,

Lecz już gremium na strój ślubny

I na posag się składało.

 

Powiedzieli- Pafnucemu,

Mocnej ręki widać trzeba,

Niech go weźmie pod pantofel,

By nam nie wyjadał chleba.

 

Pannę pięknie wystroili,

Chociaż niezbyt grzeczna była,

A tak pięknie, że nocami,

Nigdy tego nie wyśniła.

 

Miała się przedstawić jako,

Córka wójta Ambrożego,

I przychodzi jako żona,

By zamieszkać obok niego.

 

Stara panna nierodna

I jak rzekłam opryskliwa,

Ale zawsze prawdomówna,

Więc przenigdy nie kłamliwa.

 

Toteż ją zobowiązało

Radnych miast dwóch dwa zastępy,

A już chatę sprzedać chcieli

Dwaj złodzieje- wiejskie sępy.

 

Rankiem pannę ślubnym stroju

I z posagiem postawili,

Więc wynurzył się za tarnin,

Nasz Pafnucy w jednej chwili.

 

Spytał pannę bardzo grzecznie,

Jak to w narzeczeństwie bywa,

Tyś Wójtówna?- A ta prychnie:

Stara panna opryskliwa!

 

Jak nie wrzaśnie jak nie tupnie,

Aż zadrżały wsie i miasta,

Nie chce żadnej starej panny!

Ma Wójtówna być i basta!

 

Ruszył łąką przez ognisko,

W którym się kartofle piekły,

Więc go w biegu w pysk uchwycił,

Bo zapaszki go urzekły.

 

Ruszył pędem ku wozowi,

Rzucił ogień bo go piekło,

Wóz sie spalił, a złodziei,

Z trzech, dwóch nie wiem gdzie uciekło.

 

Trzeci szybko wyprzągł konie,

I popędził w drugą stronę,

Tak przepędził nas Pafnucy,

Ich i tą niechcianą żonę.

 

Tak wynieśli się złodzieje,

Panna też do domu gnała,

A tak prędko, że posagu,

Wziąć ze sobą zapomniała.

 

Blady strach na wszystkich popadł,

Co się stanie, co to będzie?

Bo wyznaczył datę ślubu,

I rozgłosił sprawę wszędzie.

 

Już dzień ślubu się przybliżał,

Ona musi być i basta,

Jeśli nie, to zniszczy wioski,

Oraz dwa sąsiednie miasta.

 

Gdy to ludzie usłyszeli,

( Do Poznania blisko było),

Więc naradę się wojenną

Na ratuszu tam zrobiło.

 

Nie wiem jakże to się stało,

Że Pafnucy się dowiedział,

Gdy radzono, za oknami

Podsłuchując cicho siedział.

 

Kiedy rajcy wychodzili,

Brał za spodnie nie na żarty,

I wyrzucał po kolei

Do Cybiny lub do Warty.

 

Już nie było żadnej rady,

Dzień wesela jutro będzie,

Jaś się głowi, może jeszcze

Się podstępem nowym zbędzie?

 

Usiadł w karczmie, głowę w dłonie

Schował patrząc w mrok na dworze,

Niechże ruszy ktoś konceptem

I w tej sprawie mi pomoże!

     #

A przejazdem był tam właśnie,

Młody śmieszny figlarz taki,

Rozum miał nie od parady,

Czyli że nie byle jaki.

 

On bartnikiem był z zawodu,

Prędko pobiegł do stolarza,

Szepnął coś, że dla nich dwojga,

Dobra szansa się nadarza.

 

Nikt nie wiedział, ze obydwaj,

Majstrowali nockę całą,

I do rana wystrugali,

Pannę Młodą okazałą.

 

Krawiec dał im w tajemnicy,

Po swej żonie suknię białą,

Tak zrobili wspólnym kosztem,

Żonkę z wałkiem czyli śmiałą.

 

A Wójtówna chcąc czy nie chcąc

Z piękną minką pozowała,

Bo gdy to się udać miało,

Ta podobną być musiała.

 

Więc drewniana piękna była,

I bez przerwy coś mruczała,

Pewnie sprawy ojca- wójta

Pafnucemu oddać miała.

 

Postawili ją wśród tarnin,

Obok rowu, tuż przed jamą,

I patrzyli zza pagórka

Jak on się przywita z damą.

 

A on rankiem wygłodzony,

Wylazł i tak rzeknie mile:

„ Witaj, moja ukochana,

Kto to widział czekać tyle,

 

Aż się wreszcie zdecydujesz

Mej osoby zostać żoną?

Chcesz do ślubu iść piechotą,

Czy na grzbiecie być niesioną?

 

Paszcza mu się uśmiechnęła,

Może by ją i cmoknęła,

Lecz zasłuchał się w mruczandzie,

A paszczęka ją połknęła.

 

Nikt nie wiedział, ze za górką

Dwóch się psotnie uśmiechało,

Bo to co zaplanowali,

W jednej chwili się udało.

  #

A Pafnucy łeb opuścił:

Och… przepraszam… jaka szkoda…

A już pali, piecze w brzuchu.

Pić mi dajcie! Gdzie jest woda?!

 

Bo mądrala tak obmyślił,

Że Wójtównę- ul się zrobi,

A że ona piec lubiła,

Z wałkiem ją się przysposobi.

 

Zresztą to atrybut żony,

Aby miał się na baczności,

Jak dostanie raz i drugi,

To nauczy się grzeczności.

 

Chłopak znał się na pszczelarstwie,

I na ulach jak nikt w świecie,

Więc z litości zmajstrowali

Pierwszy taki ul w powiecie.

 

Małe wejścia za uszami

Tylko woskiem zakleili,

Ten rozpuścił się i pszczoły

Wyleciały w jednej chwili.

 

Jak nie zaczną łazić w brzuchu,

Kłuć żądłami w co popadnie,

I tłumaczyć po swojemu,

Że nic nigdy się nie kradnie.

 

Więc ukłucia piec zaczęły,

Wszystkie razem jak szalone,

Więc nie myśli o weselu,

Ale w rzeczki idzie stronę.

 

Rzeczka? Rów? Niewielka była,

Więc ją wypił do dna prawie,

Chłopcy cieszą się, że zdechnie

I już myślą o zabawie.

 

On tymczasem dno zobaczył

I tak jęknie: Olaboga!

Wody nie ma, a mnie piecze,

Ogon kark i lewa noga…

 

Ciężko człapał do Cybiny,

Która trochę większą była.

Gdyby pił z niej od początku,

Pewnie by mu wystarczyła.

 

Ale zanim od rzeczułki

Doczłapał się do Cybiny,

Palić go zaczęło w szczęce

Oraz uszu małżowiny.

 

Wiec pił, pił Cybiny wodę,

I mu ciągle było mało,

A brzuszysko chociaż wielkie,

Tyle wód nie wytrzymało.

 

Huk się rozległ, pękł Pafnucy,

Wody tyle się wylało,

Że wokoło tej rzeczułki

Wielkie bagno wnet powstało.

   #

Pszczoły zaś niegłupie były

I utopić się nie dały,

Tak się mądrze pochowały,

Że suchutkie wyleciały.

 

Dowiedziały się szczupaki,

Pędem kto żyw przypłynęły,

I jak nigdy nie bywało,

Sutą ucztę rozpoczęły.

 

Jadły, jadły tak urosły,

Że gdy je złowiono w sieci,

Pomyślano, że kawałki

Sieć zmurszała się rozleci.

 

Ale jakoś się udało

I tak wiele zarobili,

Że dla wszystkich ludzi w mieście

Nowe stada zakupili.

 

A chłopacy, którzy dinka

Jak igraszkę przechytrzyli,

Budowali takie ule

I znów wiele zarobili.

 

A ten pszczelarz wziął za żonę,

Siostrę znanej nam Wójtówny,

A wesele trwało tydzień,

Ślub zaś odbył się na Głównej.

 

Wójt się cieszył, wkrótce wnuki,

Rosły mu dorodne zdrowe,

Lecz w Kórniku pterozaury

Zawitały nietypowe,

 

Żoną była Pafnucego,

Znana tam pteurozarowa,

A maluchy to mieszanka

Genetycznie nietypowa.

 

Ale o nich w innej bajce,

Tutaj Pafnucego mieli,

I dość szybko swoje straty

Odzyskali jak umieli.

 

Figlarz robił piękne ule,

Jak ratusze i postacie,

Był tam nawet niedźwiedź z beczką,

Tak zlikwidowano barcie.

 

Z całej Polski przyjeżdżano,

Po rzeźbione piękne ule,

A mieszkańcy ich witali

Dość gościnnie i dość czule.

 

Rzędy pięknych nowych uli,

Zwano teraz pasiekami,

Tylko trawy nad Cybiną,

I na górkach wysiekali,

 

Bo nuż znowu co przyczłapie,

Ale już nie przyczłapało,

I już nigdy nic groźnego,

Jednej krowy nie złapało.

 

Niby dobrze się skończyło,

Bo na skraju wioski owej,

Ogród był figlarza tego,

W sadzie ule kolorowe.

 

Ile tam bywało miodu!

Cały powiat tam przybywał,

A z tej chaty jaki zapach

Miodny wciąż się wydobywał!

 

Tylko rzeczułeńce małej,

Już się nigdy nie udało,

Bo na jej dnie trochę wody,

Jako było tak zostało.

 

Nigdy się nie dorobiła,

Takich wód jak niegdyś miała,

Bo z pragnienia wyssał źródło

I maleńka już została.

 

Chcesz, to możesz ją zobaczyć,

Płynie prosto do Cybiny,

Może znajdziesz przy okazji

Jaką kostkę tej gadziny?

 

Było to tak dawno temu,

Że nikt z ludzi nie pamięta,

Lecz ja o tym wyczytałam,

W rzeczułeńki tej odmętach.

 

Ona wszystko to widziała,

Ona wody użyczyła,

A Cybina jej pomogła

I tak bajka się skończyła.

 

I już tak się nie swarzyli,

Raczej zgody już szukali,

Tylko na pamiątkę tego

Miastu mię Swarzędz dali.

 

Bieda im nie dokuczyła,

Wsie się też rozbudowały,

Aż pewnego dnia pięknego

Także się znaczące stały.

 

A na skraju, gdzie nasz figlarz,

Miał pasiekę, ule stoją,

A przy wejściu ul- Wójtówna,

Tego się panowie boją.

 

Bo gosposia jak się patrzy-

Łowiczanka- z wałkiem stoi,

Pafnucego pokonała,

Więc nikogo się nie boi.

 

Chcesz, przyjeżdżaj i oglądaj.

Wszystko jest jak opisałam,

A pieczarę pośród trawy

Pod górkami wyszukałam.

 

I to koniec naszej bajki.

Dinozaury się skończyły,

Ale wszyscy dobrze wiedzą,

Że naprawdę kiedyś żyły.


Lecz dlaczego, któż to zgadnie

Nie wiodło się tym stworzeniom?

Ci, co bajkę przeczytali

Pewnie dobrze to ocenią.

 

Jeśli ktoś jest łakomczuchem,

I kłótnikiem, bić się lubi,

To jest przecież egoistą,

A gdy jeszcze tym się chlubi,

 

Zamiast zjadać wszystko wszystkim,

Trzeba umieć się podzielić,

I szanować cudzą własność,

By i inni żywność mieli.

 

Kraść nie wolno ni wymuszać,

Niszczyć domów, leniuchować,

Żonę w swoim brać rodzaju,

Wszystkich kochać i szanować.

 

Gdyby groźny nasz Pafnucy,

I ci dwaj koledzy jego,

Dobroci się nauczyli,

Byłaby pociecha z tego.

 

A tak, kara go spotkała,

Samolubstwo nie popłaca,

Tylko dobro, szczodrobliwość

I uprzejmość się opłaca.

 

Więc gdy masz ochotę brzydką

Podokuczać wszystkim wkoło,

Może dziś się ty ucieszysz,

Jutro będzie im wesoło.

 

Bo za krzywdę jest nagroda,

Biedni ujrzą krzywdziciela,

Jak los hojnie ćwiczy tego,

Który krzywdzić się ośmiela.